Zobacz wszystkie wywiady ›

„Tytus to mój daleki kuzyn” – wywiad z zespołem Cuba de Zoo

4 sierpnia 2011 20:21

W naszej rozmowie z Kubą Polodskim, liderem grupy Cuba de Zoo, która wydała jeden z najciekawszych rockowych debiutów w tym roku, dowiedzieliśmy się dla kogo pisze swoje piosenki, skąd pomysł na tak pokręconą nazwę zespołu i dlaczego nigdy nie   zagra płaczliwej ballady.

GIM: Zdążyliśmy już dobrze poznać wasze piosenki, natomiast niewiele wiemy o samej historii zespołu. Może na początek uchylicie rąbka tajemnicy jak doszło do powstania Cuby de Zoo?

Cuba de Zoo: Powstanie zespołu nie jest żadną tajemnicą. Siedząc w domu na wersalce napisałem kilka piosenek, które nie pasowały mi do mojego drugiego zespołu. Były zdecydowanie bardziej piosenkowe i powiedziałbym przystępniejsze. Mieszkałem wtedy jeszcze w Poznaniu, ale  lada miesiąc miałem się przeprowadzić z powrotem na swoją macierzystą prowincję. Odezwałem się więc do starych kolegów stamtąd z pytaniem czy nie zechcieliby mi akompaniować. Podjęli wyzwanie i po jakimś czasie okrzepł się z tego stały skład jaki funkcjonuje do dnia dzisiejszego.

GIM: Nazwa grupy to luźna wariacja na temat bohatera komiksów Tytusa de Zoo, czy może kryje się za nią coś więcej?

Cuba de Zoo: Tak! Tytus to mój daleki kuzyn. Hehe! Nazwa to wariacja na temat książeczek Papcia Chmiela, za którą kryje się właśnie coś więcej. Tytus de Zoo jest bohaterem mojego dzieciństwa. Jako małpa w kilkudziesięciu komiksach jest poddawany procesowi, który nazywa się „uczłowieczeniem”. Wielokrotnie jednak okazywało się, że to nie „uczłowieczający” go Romek i Atomek, ale Tytus – małpa był bardziej ludzki. Mnie to zawsze napawało nadzieją, że i ze mnie może coś ludzkiego wyrośnie. Stąd Cuba de Zoo. Poza tym większość tekstów o ile nie wszystkie mówią właśnie o człowieku i stawaniu się bardziej ludzkim. „More human than human” jak śpiewał Rob Zombie.

GIM: Przejdźmy zatem do krążka. Jak nagrywa się płytę, na której większość utworów to murowane single? Taki był wasz zamiar czy po prostu nie potraficie pisać słabych piosenek?

Cuba de Zoo: Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze jak mówiłem te piosenki powstały w domu na wersalce, ale nie wspomniałem, że powstały głównie dla moich dzieci. Grałem je zwyczajnie na gitarze akustycznej a oni tańczyli i śpiewali ze mną. To są mali chłopcy więc widziałem przyjęta przeze mnie formuła melodyjnych piosenek jest dla nich najbardziej przyswajalna. Przypominam, że w tym czasie nawet przez myśl mi nie przeszło, że będzie z tego zespół, nagranie, nagroda na Festiwalu Gramy 2010, album „Rozkaz”, koncert na Openerze 2011 i 12 miejsca na Liście Przebojów Trójki dla „Czarnego auta” i „Grobu”. Po drugie, w miarę pracy z kolegami podczas aranżowania utworów starałem się być konsekwentny aby ów pierwotny, piosenkowy charakter zachować. Zależało mi na prostocie, ale bynajmniej nie na prostactwie. Obecnie obserwuję odwrót od pisania dobrych piosenek. Jest za to silenie się na alternatywę, awangardę i jakiegoś bliżej nieokreślone mutacje rocka.

GIM: Kubo jesteś liderem grupy, ale z informacji umieszczonych we wkładce wynika, że poza muzyką i tekstami, czuwałeś także nad brzmieniem płyty. Jakie były twoje założenia przy jej produkcji? Jest bardzo wypieszczona, nie chcieliście jej nieco przybrudzić? Na żywo wypadacie dużo mocniej.

Cuba de Zoo: Założenia tej produkcji były stosunkowo proste – wyprodukować album maksymalnie wypełniony dobrymi rockowymi piosenkami, co jak wspomniałeś wcześniej chyba się udało. Jeśli zaś jakaś płyta jest w tym momencie retro – bo akurat taki jest trend – to już za chwilę ktoś wyprodukuje album jeszcze bardziej retro bo dotrze do starszych analogowych urządzeń. Inni nagrają płytę brzmiącą niezwykle nowatorsko, ale mija kilka miesięcy i ktoś dzięki technice zrobi to w bardziej nowoczesny sposób. Ja nie brałem udziału w żadnym z tych wyścigów. Mnie po prostu interesowały uczciwe piosenki z uniwersalnymi tekstami. Co zaś się tyczy koncertów, to ów odczuwalny większy kop jest w głównej mierze zasługą naszych mocno rockowych życiorysów muzycznych. Jestem przekonany, że jest to zaleta, gdy publiczność dostaje na koncertach więcej żywej ludzkiej energii, kosztem smaczków studyjnych.

GIM: Jako jeden z niewielu krajowych zespołów debiutujących w ostatnim czasie postawiliście na polskie teksty. Uważacie, że dzięki nim łatwiej jest przebić się do szerszego grona publiczności?

Cuba de Zoo: Nic w kwestii przebijania się nie uważam. Nie umiem po prostu pisać w żadnym innym języku nie wspominając już o swoim lichym akcencie i wymowie. Po za tym niemalże 100% znanych mi osób porozumiewa się po polsku a moim celem było się z nimi skomunikować. Sądzę też, że pisanie w języku obcym może być sposobem na ukrycie miałkości tekstu. To wszystko razem składa się na wspólny wniosek, że  trudniej jest napisać coś dobrze po polsku niż w obcym języku. Moje pisanie na poważnie zaczęło się jakieś 5 lat temu od propozycji Darka Malejonka abym pisał dla niego słowa. Z tej współpracy dotychczas wynikły jego największe przeboje w zespole Maleo Reggae Rockers min. „Ostrożnie” czy „Alibi”

GIM: Wasza płyta ma mocny rockowy charakter. Czy poznamy kiedyś balladowe oblicze Cuby de Zoo?

Cuba de Zoo: Uczciwie powiem, że nie mam zielonego pojęcia jaka jest definicja ballady, ale jeśli jest to jakieś rozczulone, niepewne granie nieszczęśliwych chłopców to nie ten adres.  Haha! Powiem Ci szczerze, że jeśli już mielibyśmy obierać delikatniejszy kurs grania to raczej byłby to kierunek transowy lub około akustyczny przy zachowaniu zdecydowanego ciosu.

 GIM: Jakiej muzyki słuchacie na co dzień? Co was inspiruje?

Cuba de Zoo:Nie sposób jest w zwięzłych słowach odpowiedzieć na to pytanie. Na co dzień słucham dużo  radia. Preferuję muzykę, w której jest jakaś tajemnica, dotyczy to zarówno dźwięków jak i tekstów.  Tzn. ciekawe jest dla mnie to co nie jest oczywiste i        przewidywalne. Nie mam  preferencji ze względu na jej styl czy okres powstania. Niewiele też słucham muzyki gitarowej. Jeśli miałbym wymienić kilku ostatnio słuchanych  przeze mnie artystów to byliby to Sade, Dead Can Dance, KT Tunstall, Cardigans, Keith  Jarret, Lao Che.

 GIM: Macie za sobą występy na żywo – który z koncertów wspominacie najlepiej?

Cuba de Zoo:Wiesz, zagraliśmy raptem trzy koncerty i trzy występy konkursowe podczas przesłuchań konkursowych gdzie wykonywaliśmy po 2-3 piosenki. Bez żadnej wątpliwości   najlepiej wspominamy nasz tegoroczny koncert na Open’er Festiwal w Gdyni. Zagraliśmy  tam niemalże cały album i dało się odczuć, że te piosenki są nośne i trafiają do słuchaczy.   Daliśmy bis co w warunkach tego festiwalu jest sporą nobilitacją ze strony publiczności.

 GIM: Jak wyglądają zespołowe plany na najbliższą przyszłość?

 Cuba de Zoo:Najbliższa przyszłość to jesienna trasa koncertowa. Planujemy zagrać około  20 koncertów w miastach całej Polski. Szczerze powiedziawszy chętnie zagralibyśmy i u Was na Śląsku. Powoli także zaczynamy myśleć o kolejnym albumie. Chcielibyśmy aby ukazał się za rok, co oznacza sporo pracy.

            Rozmawiał: Marcin Bieniek

photo:www.myspace.com/cubadezoo


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)


Partnerzy: